PostHeaderIcon Wolność

User Rating: / 0
PoorBest 
Z życia szkoły
Obudziło mnie jaskrawe światło. Przetarłam oczy.
-Witaj- powiedział ktoś wysokim, miłym głosem.
-Jak chcesz mieć na imię?- zapytała inna osoba.
-Co?
-Jak chcesz mieć na imię?
Zastanowiłam się chwilę. O co im chodziło?
-Zdaję się, że mam na imię Marta.
Spojrzeli na mnie z litością.
-Tak dali ci na imię rodzice. Narzucili ci swój wybór. Teraz ty możesz zdecydować. Jesteś wolna.
-Jeśli jestem wolna, to dlaczego leżę na tym łóżku? Gdzie właściwie jestem? To szpital?- zapytałam zdezorientowana. Spróbowałam się podnieść. Chciałam wyrwać kabelki przyczepione do moich rąk, ale mnie powstrzymali.
-Tak, jesteśmy w szpitalu. Byłaś w śpiączce na czas przemiany świata. Nie ma już władzy-jesteśmy wolni. Zostaniesz tu jeszcze parę godzin, na obserwacji. Potem wyjdziesz i zrobisz co zechcesz.
Postanowiłam grzecznie czekać na rozwój wypadków. Cierpliwie znosiłam każde badanie. W końcu dali mi ubrania i powiedzieli, że mogę iść. Mijałam oddziały, w większości leżeli jeszcze zahibernowani ludzie. Zadawałam sobie pytanie, czy leżą tam całe rodziny.
-Gdzie moi rodzice?- zapytałam przechodzącą obok pielęgniarkę.
-Jeśli nie ma ich tutaj, zapewne są już w domu.
Podniosła mnie na duchu. Wyszłam na dwór i to, co zobaczyłam, zszokowało mnie. Ludzie chodzili po ulicach jak chcieli. Roznegliżowani albo wręcz przeciwnie, zakryci warstwami, jak cebule. Policjanci pili piwo pod drzewami   i w rozbawieniu cięli nożyczkami swoje odznaki. „To ma być wolność? To jest kompletna anarchia!” pomyślałam. Podeszli do mnie ludzie w łachmanach. Im nie żyło się dobrze. Gdy zniknął rząd, zniknęły także zasiłki. Odruchowo sięgnęłam do kieszeni, żeby dać im parę złotych. Zorientowałam się jednak, że nic nie mam.
-Przykro mi. Nie mam pieniędzy.- powiedziałam smutno. Pokiwali głowami i odeszli.
Przypomniałam sobie o rodzicach. Poszłam na przystanek autobusowy. Pamiętałam rozkład jazdy, zdziwiłam się więc, że mój autobus nie przyjeżdżał. Zawsze jeździłam nim ze szkoły do domu.
-Panienko-rzekł jakiś staruszek-Nie czekaj, bo nie przyjedzie. Kierowcy autobusów już nie pracują. Są wolni- prychnął z pogardą.
Trudno, postanowiłam iść pieszo. Nie było to łatwe. Na ulicach pełno było dziwnie zachowujących się ludzi. Musiałam powstrzymywać się przed zwracaniem im uwagi. Wreszcie dotarłam do mojej ulicy. Stanęłam jak wryta. Mój dom zniknął. Był zburzony.
-Mamo! Tato!- krzyknęłam. Wbiegłam na posesję. Stali przy jakimś baraku. Wpadłam im w ramiona.
-Co tu się stało? Dlaczego zburzono nam dom?
-Ze względu na to, że został zbudowany według kryteriów narzuconych przez państwo.-wyjaśnił tata- Teraz nakazali nam samowolę budowlaną.- prychnął ni to rozbawiony, ni to zły.
-Kochanie, tak się martwiliśmy, gdy zniknęłaś. Potem zabrali nas i zahibernowali.- rozszlochała się mama.
-Ale kto? Kto nas zahibernował?- spytałam.
-Lekarze, choć właściwie powinienem powiedzieć „naukowcy”. Próbują wcisnąć nam bajkę o wolości, a tak naprawdę, to oni sprawują władzę. Gdy ktoś zbytnio zachłystuje się wolnością, wprowadzają porządek za pomocą strzykawek ze środkiem uspokajającym.– odpowiedział ojciec.
Przez ulicę przebiegło stado koni. Ogiera na czele ujeżdżał mój były nauczyciel przyrody. No tak, zawsze był trochę dziki, delikatnie mówiąc.
Byłam zbulwersowana. Postanowiłam coś zrobić.
-Gdzie jest mój rower?- spytałam taty.
-Gdzieś tu, o jest.- podał mi rower.
-Co robisz?- zapytała mama.
-Jadę do tych naukowców i powiem im co myślę.
-Nie, córeczko, nie jedź tam!- krzyknęła mama, ale już odjeżdżałam.
Wysiadłam przed szpitalem. Pobiegłam na sale oddziałowe.
-Taka wolność!?- krzyczałam- Tak naprawdę to wy rządzicie! Wciskacie nam kit!
Zbiegli się pielęgniarze. Chcieli mnie związać, ale próbowałam się im sprzeciwić. Nie dałam rady. Wstrzyknęli mi środek uspokajający.
„Taka wolność”- pomyślałam- „To żadna wolność”
I zasnęłam.
 
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Najnowsze artykuły
Szukaj na stronie
Dodaj do serwisów
Zaloguj się
Subskrypcja artykułów










Działamy już
Serwis ruszył dnia
01-11-2011
Serwis działa już
2180 dni.